piątek, 21 marca 2014

Niestety...

... znowu nie czuję się najlepiej :/ co chwila jestem przeziębiona i wtedy moja włosowa pielęgnacja wariuje. Z tego też powodu zrezygnowałam z marcowej aktualizacji włosowej - nie miałam ani czasu, aby zrobić dobre zdjęcie, ani też warunków, bo dopiero wracam z włosami do pionu (a jestem próżna i nie chcę pokazywać niedopieszczonych włosów :) ). Dlatego moje włosy pokażę Wam pewnie niedługo, ale jeszcze nie teraz.

Zaległości w szkole sprawiają, że zanim uporam się z najważniejszymi rzeczami, światło dzienne jest już odległym wspomnieniem, a ja sama mam ochotę schować się do łóżka. Nie wykluczam, że ten weekend będzie odrobinę luźniejszy, ale z kolei czuję się kiepsko, więc - no, niestety.

Z weselszych spraw - doceniłam siemię lniane w pielęgnacji włosowej (dotychczas kochałam je tylko jako maseczkę na twarz) i po raz kolejny doceniłam moc ziół (tym razem bratka, którego piję na cerę... mój organizm wariuje, ale po niedawnym wysypie nie ma już śladu, więc wzmacniam efekt bratkiem, na razie dopiero od 3 dni; wbrew temu, co mi wszyscy opowiadali, bardzo mi smakuje!). Nie wiem, czemu zioła w Polsce (kraju, który raczej może się nimi szczycić i ma dość długą tradycję z nimi związaną, przynajmniej z tego, co ja wiem) są takie rzadkie. Nie jestem fanką wszystkich ziół (nie lubię na przykład smaku pokrzywy, nie wiem czemu), ale wiele z nich jest naprawdę smacznych. Stanowiłyby świetny napój w zastępstwie parzonej po dziesięć minut torebki Earl Greya czy też "zwykłej herbaty" z dwoma łyżeczkami cukru. I jeszcze podanej w szklance. I na spodeczku. Ugh!

W dalszym ciągu obawiam się henny :) kupiłam bezbarwną hennę Khadi (przerażona ceną przesyłki, za jednym zapachem dokupiłam sproszkowane liście Neem) i tak oto pudełeczko sobie stoi w szafce. Mam jasne włosy, obawiam się więc zielonego połysku. Jeśli dorobię się glona na głowie, będzie to dla mnie koszmar - nie chcę farbować włosów. To znaczy może inaczej, chcę farbować, ale jak sobie wyobrażę powracanie do swojego koloru (na pewno by to wynikło, bo ja jestem zmienna), męczenie się z odrostami... Nie, na pewno nie. Stąd ta moja obawa przed henną :) pewnie pewnego dnia zrobię próbkę z moją Przyjaciółką (też włosomaniaczka, więc pewnie pomoże mi rzetelnie ocenić, co tam się z tymi włosami stało), a potem... Zobaczymy.
Dodatkowo w hennie przeraża mnie to, że miesza się ją z sokiem z cytryny. Czy ten sok nie ma właściwości rozjaśniających? Nie wspominając o wysuszaniu... Naprawdę nie chcę za bardzo zniszczyć/ rozjaśnić włosów. Słyszałam też o wersji z sokiem z pomarańczy, ponoć łagodniejszym... Wiecie coś o tym? :)

Pozdrawiam,
Ariadna. (znowu zasmarkana i z obolałym gardłem. Znowu!)

piątek, 14 marca 2014

Czego się obawiać?

Witam,

ostatnio byłam w raczej refleksyjnym nastroju i tknęło mnie to, jak wiele rzeczy, które teraz uznaję za absolutnie normalne w pielęgnacji włosów, kiedyś było dla mnie czymś absolutnie nie do przejścia, taką abstrakcją :) Postanowiłam zrobić listę takich rzeczy, bo wiem, że często wiele początkujących włosomaniaczek (czyli i ja) ma obawy przed metodami wyszperanymi w internecie.



Obawiałam się:

1. Olejowania. Nakładanie oleju na włosy wydawało mi się szaleństwem, szarlataństwem i nie wiem czym jeszcze. No bo, kurczę, tłuste, brudne włosy? I że niby szampon ma to domyć? Cóż, w końcu się przełamałam za sprawą mojej mamy, która podrzuciła mi olejek papryczkowy Green Pharmacy. Wprawdzie nie był on najlepszy, ale wtedy te 20 minut z tłustą głową pod czepkiem wydawało mi się okropnym wyrzeczeniem i największym prezentem, jaki mogłam swoim włosom zrobić. No cóż :)

2. Nierozczesywania na mokro. Mam proste włosy i takie rozczesywanie prawdopodobnie nie zrobiłoby im nic dobrego (włosy proste czesze się na suche, włosy kręcone wyłącznie na mokro, bardzo ostrożnie). Jednak... Wysuszenie włosów bez czesania wydawało mi się absolutnie niemożliwe. Przecież się poplączą, będą brzydkie, niewymodelowane... I pewnego dnia przyszła jedna prosta myśl: "Ariadna, ale ty nie modelujesz włosów. Rozczesujesz je normalnie, na prosto. To czego ci szkoda?" Po pierwszym razie stwierdziłam, że włosów wcale nie rozczesuje się trudniej i da się przeżyć uczesanie ich na sucho, po suszeniu.

3. Związywania włosów. Naprawdę, zawsze sypiałam z rozpuszczonymi. Związywane włosy, argumentowałam, traciły swój kształt i objętość. Przekonałam się do tego dopiero wtedy, gdy przy okazji choroby nie myłam włosów o dzień dłużej niż zwykle, jednocześnie nosząc włosy splecione w warkocza. Nieruszane, przetrwały o wiele dłużej świeże.

4. Braku czasu. Te wszystkie maski, odżywki, wydawały mi się okrutnie czasochłonne. Teraz już wiem, że to nieprawda, bo na pielęgnację włosów poświęcam dokładnie tyle samo czasu minus trzy minuty na nałożenie olejku przed myciem.

5. Długich włosów. Wydawało mi się, że ja nie powinnam takich mieć, bo nie są one zbyt piękne. Cóż, w dalszym ciągu nie są, ale podobają mi się długie i trudno.

6. Masy pieniędzy wydawanej na kosmetyki. No ok, to się zdarza ;) ale generalnie staram się nie mieć zbyt wiele mazideł do włosów: 2 szampony, 2 odżywki, maska (aktualnie nie mam żadnej!), ze 2 olejki, serum na końcówki. Mnoga liczba szamponów i odżywek jest spowodowana tylko tym, że potrzebuję zmieniać kosmetyki z każdym myciem, bo inaczej moje włosy się obrażają :(


A do czego w dalszym ciągu nie mogę się przekonać?

1. Henny. Zakupiłam już nawet bezbarwną Cassię od Khadi, ale boję się zielonkawego połysku na moich jasnych włosach :(

2. Suszenia naturalnie. Mam skłonności do chorób i ryzykowanie przeziębieniem tylko po to, żeby włosy sobie schły (i jeszcze mnie wkurzały) przez kilka godzin nie jest zbyt kuszące. Dlatego staram się je suszyć, przynajmniej te przy głowie. Niestety :/

3. Kremowania. Jakoś mnie to odrzuca :/

A Wy? Macie takie rzeczy, których nie tkniecie za nic w świecie? A może takie, bez których teraz nie wyobrażacie sobie życia, a kiedyś obawiałyście się ich niesamowicie?

Ariadna.

czwartek, 6 marca 2014

Maska Bioélixire i płukanka octowa z malin od Yves Rocher

Witam,

jak zwykle recenzuję dwa produkty :) w ten sposób nie muszę się martwić, że o którymś napiszę za krótką notkę, a o innym za długą - po prostu składam je w całość. Nie rozwijając nadmiernie tego wstępu, zaczynajmy.





Maskę od Bioélixire kupiłam pod wpływem chwili, stojąc w drogerii i widząc coś z napisem "ARGAN OIL" na opakowaniu, w dodatku z naklejką "promocja". Nie jestem pewna, czy nie było to jeszcze przed włosomaniactwem, ale jeśli nie, to były to jego niemrawe i chaotyczne początki.


Opakowanie jest wygodne, solidne, zawiera 200ml maski. Zakrętka się nie psuje i nie otwiera sama. Generalnie pomysł tubki bardzo mi się podoba, jest świetna w użyciu. Zapach ma identyczny jak serum z olejkiem arganowym, o którym już pisałam - bardzo ładny, orientalny. Jeśli chodzi o konsystencję, maska jest zbita, lepka, gęsta i ma kolor złocistobrązowy. Według mnie wygląda bardzo ładnie i jest wygodna w nakładaniu, nie spływa z włosów.





Jak widzicie, producent obiecuje nam regenerację, nawilżenie, zwiększenie objętości, dodanie blasku i wygładzenie (a wszystko to w 3 do 5 minut! naprawdę, żyć nie umierać!). Kilkanaście razy nałożyłam tę maskę i okrutnie się rozczarowałam, bo nie robiła ona... nic. Nie było żadnego efektu, nawet, jeśli potrzymałam ją dłużej niż te śmieszne 2 -5 min (mój rekord to chyba 25, po których uznałam, że wystarczy). Może włosy odrobinę łatwiej się rozczesywały, i ładniej pachniały. Poza tym nie odnotowałam żadnej różnicy, absolutnie żadnej! Jeśli użyłam jej na wyjątkowo "zmęczone" włosy, odrobinę je puszyła w brzydki sposób. De facto została moją maską do emulgowania wyjątkowo opornych olejów i numerem 1 na liście "Co zużyć jak najszybciej". Cóż, do denka już niedaleko!


(Dopiero teraz zauważyłam, że wszystkie wymienione olejki znajdują się w składzie daleko za składnikiem "Parfum", czyli zapachem. Na chemii tłumaczono mi, że to, co jest za tą pozycją w składzie znajduje się w nim w śladowej ilości i nie musi być nawet uporządkowane, bo jest tego bardzo niewiele (aaa, mam nadzieję, że nic nie pokręciłam!). Także to bardzo miłe, że te cudowne olejki jojoby i słonecznika są za zapachem i dwoma alkoholami. Doskonały skład, nie ma co -.-)





Płukanka octowa z malin od Yves Rocher została kupiona pod wpływem kaprysu i tak też ją traktuję. Nie jest to mój must have i raczej nie będzie ona niczyim, ale ja ją lubię.



Po pierwsze, zauroczył mnie pojemniczek (150ml). Jakiś taki fajny jest, ze śmieszną nakretką. Po drugie, ZAPACH! Absolutnie go uwielbiam i żałuję, że nie zostaje na włosach. Płukanki używam zgodnie z instrukcją, to znaczy polewam nią włosy po myciu i po chwili spłukuję chłodną wodą. Faktycznie po wyschnięciu jest wrażenie wygładzenia i blask jest widocznie podbity w śliczny sposób, ale niestety, nie udało mi się jeszcze utrzymać tego efektu na dłużej niż dzień (a myję co 2 dni, więc troszkę mi na tym zależało). Płukanka eliminowała też problem elektryzowania się włosów, przynajmniej moich.


(oczywiście zmasakrowana etykietka, jakżeby inaczej? Ale może tutaj lepiej coś widać niż na tamtym zdjęciu...)

Nie jest to objawienie, ale miły gadżet o przepięknym zapachu. Kupiłam go w jakiejś promocji, więc tym bardziej nie narzekam. No i zapach... ;)

Miałyście te produkty? Oceniacie je tak, jak ja, czy macie inne zdanie?


Pozdrawiam,

Ariadna.

P.S. Tyle piszę o włosowych kosmetykach, a sama mam problem z niewłosowymi :/ zarówno mój puder, jak i podkład (oba dość średnie...) niedługo się skończą, pozostawiając mnie z paskudną potrzebą biegania po sklepach i szukania czegoś dostatecznie białego i niezapychającego dla mojej skóry :/ życzcie mi powodzenia!


sobota, 1 marca 2014

Długie włosy a sport

Witam,

dzisiaj chciałabym poruszyć temat, który jest mi bardzo bliski - od kilku lat trenuję japońską sztukę walki - Aikido, sport na tyle specyficzny, że doskonale nadający się do tego posta :) Od razu mówię: nie uważam, że sport wyklucza długie włosy, ale faktycznie Aikido zaczynałam, mając włosy ledwo sięgające ucha. Obecnie sięgają one prawie do talii (prawie, prawie!) i są dość ważnym czynnikiem podczas treningów. W Aikido biegam, skaczę, wykonuję naprawdę szybkie ruchy, jestem rzucana, wyginana, obracana, odpychana - generalnie momentów, w których moja fryzura jest poddawana próbom, jest mnóstwo. Wielokrotnie osoba robiąca pad obok mnie przygniotła mi włosy, dostała fruwającymi pasmami w oczy, szarpnęła za nie... I tak dalej.



Metodą prób i błędów wraz z moją siostrą Neko (również trenującą) opracowałyśmy fryzurę, która daje najmniej okazji do wyrwania włosów. Koczek odpadł na początku - mam śliskie włosy, które wysuwały się z niego po krótkim czasie; warkocz również dość szybko został skreślony - kosmyki przy twarzy na skutek szybkich ruchów wysuwały się i czochrały, a sam warkocz od pocierania o grube, plecione kimono (takie lubię najbardziej i takie posiadam) wichrzył się niemiłosiernie; kucyk nosiłam dość chętnie, ale teraz moje włosy są na to za długie i fruwają po prostu wszędzie. Aktualnie związujemy z Neko nasze włosy w wysokiego kucyka i splatamy w warkocz. Taka fryzura daje szansę na zauważenie włosów (łatwiej dostrzec gruby warkocz niż fruwające pasemko z kucyka), nie rozlatuje się i jeszcze można nią przyłożyć przeciwnikowi! Rozwala się jednak dość szybko - warkocz się obciera - no i też lata, więc również możemy skończyć z głową przy macie, bo ktoś nam przydepnął warkocz. Niestety :( 
Kiedy ćwiczę w domu (robię jakieś małe kardio, rozciąganie i inne takie) robię to sama i zwykle mogę kontrolować swoje włosy - upinam je w kucyka, bo ryzyko, że sama je sobie przygniotę, jest minimalne.

Akurat wróciłam z obozu Aikido i muszę powiedzieć z przykrością, że moje włosy ( i skóra) dostały na nim solidnie w kość. Normalnie trenuję Aikido dwa razy w tygodniu i nie wywiera to większego efektu na włosy. Niestety, na obozie miałam około czterech treningów dziennie, z czego dwa lub trzy mocno wysiłkowe. Przed każdym treningiem musiałam moje szybko przetłuszczające się włosy rozczesać i spleść na nowo, a potem zafundować im półtorej godziny wysiłku (i hektolitrów potu), ocierania się o kimono, matę i innych ludzi. Następnie rozczesywałam włosy (muszę jakoś wyglądać poza matą), szłam na posiłek i zaczynałam zabawę od nowa - rozczesać, spleść, spocić się... W związku z tym jak drugiego dnia moim włosom zdarza się wyglądać akceptowalnie, tak na obozie drugi dzień był porażką...



Bardzo chciałam ograniczyć liczbę kosmetyków do włosów, które ze sobą na obóz zabiorę. Ostatecznie spakowałam jeden szampon z SLeS (Garnier, masło karite i olejek z awokado) na spółkę z Neko, trochę odżywki Isany (tej błękitnej) i odrobinę oleju kokosowego. Jak to się skończyło? Isana okazała się za lekka i solo nie dawała moim włosom właściwie nic. Jeden szampon, stosowany trzy razy pod rząd, znudził się moim włosom i spowodował ich zmęczenie i gorszą kondycję (oraz przyklap). Żeby było ciekawiej, raz źle związałam włosy na noc (w wysokiego koczka cienką gumką, która zmasakrowała mi końcówki). Porażka za porażką :) Ostatecznie włosy uratowałam dwoma kosmetykami, które kupiłam w miejscowej drogerii - pokażę je Wam przy okazji następnego postu, bo są warte uwagi.

Oczywiście byłoby łatwiej, gdybym zabrała trochę więcej kosmetyków ze sobą, po namyśle jednak - kiedy miałabym ich używać? Ledwie miałam czas, aby umyć włosy i nałożyć odżywkę - Neko potwierdzi. Olejowanie przed myciem (i tak udało mi się to raz zrobić, yay!), nakładanie masek itp. nie wchodziło w grę. Za to więcej nie zabieram ze sobą Isany - stosowana solo na dość zmęczone włosy jest za słaba, to już wiadomo. Muszę też zaopatrzyć się w stricte silikonowy zabezpieczacz na końcówki - myślę, że to ochroni włosy przed uszkodzeniami na macie.

Wspomniałam Wam też o skórze... Niestety, tygodniowe nierobienie z nią nic poza nakładaniem kremu nawilżającego, podkładu i zmywaniu tego mydłem Aleppo (w pośpiechu w dodatku) nie zrobiło jej dobrze. Gorsza dieta (słodycze, dodające energii między treningami) również dała jej w kość. Aktualnie dość rozpaczliwie staram się ją oczyścić :/ Nie wiem, czy w rozpaczy nie pobiegnę do kosmetyczki, bo też obiecuję coś takiego mojej buzi od dłuższego czasu.



Podsumowując, muszę przyznać, że niełatwo jest być kobietą piękną i trenującą :) Wymaga to wysiłku i opracowanych, wypróbowanych metod. Mimo to nie zrezygnuję ani z włosomaniactwa, ani z Aikido, bo obie te rzeczy uwielbiam. Ostatecznie zresztą udało mi się włosy doprowadzić do pionu dzięki małym zakupom w jeszcze mniejszej drogerii... ;)

A Wy? Trenujecie coś dosyć intensywnie? Macie takie problemy jak ja?

Pozdrawiam,
Ariadna.

sobota, 15 lutego 2014

Aktualizacja włosów

Witam,
jak zwykle moja regularność poszła w... odstawkę, ale też z aktualizacją miałam sporo problemów - kiedy udało mi się już spotkać z Przyjaciółką (tą od oleju kokosowego!) i poprosić ją o zdjęcia, trafił mi się pochmurny dzień (no i zanim pozałatwiałyśmy sprawy i wróciłyśmy do domu, troszkę minęło). W efekcie zdjęcia są, ale w sztucznym świetle :( chciałam je jednak zrobić ze względu na to, że próbuję teraz przyspieszyć troszkę porost (zaraz o tym napiszę) i zdjęcia będą przy tym przydatne.



Niestety, w tym miesiącu byłam aż dwa razy chora. Dzięki pielęgnacji, jaką wypracowałam sobie tuż po poprzedniej aktualizacji włosowej, miałam przez chwilę włosy w świetnym stanie, jednak zaraz potem zaczęłam sezon chorobowy i zwyczajnie nie miałam czasu na włosy :( Stąd poza odżywką i szamponem nie robiłam właściwie nic, co jednak już zmieniam!

Jeśli zaś o włosy chodzi, nie wiem, co się stało z ich długością. Jak na zdjęciu widać, są proste, a jednak końcówki coś psocą i się podwijają, sama nie wiem, włosy w pewnym momencie są delikatnie wygięte, widzicie to? Denerwuje mnie to, bo przez to się układają... Sami widzicie, jak. Najkrótsze i najbardziej skrajne pasma mają do tego prawo (są krótsze, bo to była kiedyś grzywka), ale reszta? Zaznaczam, że niczym włosów nie układałam, są takie, jak się same ułożyły. Niestety...


Kolor jest beznadziejnie przekłamany, ale to chyba widać - w niektórych miejscach jest pomarańczowy od światła sztucznego, w innych szary od cienia. W rzeczywistości włosy są bardziej miodowe, to taki zwykły blond. Spróbuję sprawdzić, jak wyjdą takie zdjęcia w świetle dziennym, na dworzu.


Jeśli zaś o przyspieszanie porostu chodzi, od 9 lutego stosuję taki mały zestaw przyspieszaczy: piję jeden kubek pokrzywy dziennie, wcieram w skórę Jantar i masuję skórę specjalnym masażerem (takim "pajączkiem") albo TT. Zobaczymy, czy będą jakieś efekty... Jantar będę wcierać przez 3 tygodnie, potem zrobię tygodniową przerwę, jak zaleca producent. Jeśli chodzi o pokrzywę, postaram się wytrzymać długo, ale nie sądzę, żebym dała radę z trzema miesiącami (nie cierpię pokrzywy w smaku...), więc zobaczymy :)

A Wy? Ścinacie, zapuszczacie?

Pozdrawiam,
Ariadna.

niedziela, 9 lutego 2014

Olejek arganowy.

Witam,
dzisiaj chciałabym Wam opisać jeden, bardzo specyficzny produkt. To będzie recenzja dość chaotyczna i zwariowana, ale nie zrażajcie się :)

Mowa o olejku arganowym firmy Bioélixire, produkcie, który kupiłam już jakiś czas temu (pokazywałam go Wam w TYM POŚCIE), ale długo nie mogłam wyrobić sobie o nim opinii. Prawda jest taka, że kupiłam go w celu zabezpieczania (wydaje mi się, że takie jest jego przeznaczenie, chociaż producent pisze o rozprowadzaniu olejku na całej długości włosów, to jednak w przypadku buteleczki 20ml nie wydaje mi się to dobrym pomysłem) i nie wymagałam od niego wiele. Ale jednak...




Zapach mi się ogromnie podoba. Jest słodkawy, nieco ciężki, ale piękny; kojarzy się z czymś orientalnym. Konsystencja jest typowo oleista (i chwała jej za to!), gęsta. Kolor - leciutko złocisty, niemal przezroczysty. 

Jeśli chodzi o opakowanie, ta malutka buteleczka mi się podoba (wykorzystam ją na pewno, jak tylko dotrę do końca tego olejku...), ale w kwestii dozowania jest niepraktyczna, tym bardziej, że trudno trafić z dobrą dawką kosmetyku. Niestety, otwór jest tak szeroki, jak korek, nie ma żadnego zabezpieczenia - to wyjątkowo nieprzewidywalna sprawa.

Kiedy nakładałam olejek na włosy na początku, wysuszał je. Nie robił tego jakoś wyjątkowo paskudnie, ale widać było lekki puch i zmęczenie; wystarczyły włosy minimalnie podniszczone, żeby to podkreślał. Nałożony w większej ilości kleił mi kosmyki w wyjątkowo nieestetyczny sposób, nałożony w mniejszej praktycznie nie działał. Zniszczenia były identyczne, potem podcięłam końcówki, ale jestem niemal pewna, że ten olejek nie przyczynił się do ich lepszego stanu. Niestety. Ostatnio zabrałam się za mocniejsze nawilżanie na zmianę z olejowaniem (maska z siemienia lub olej przy każdym myciu) i już tak wzmocnionych włosów serum nie zdołało wysuszyć. Ciekawa sprawa...





Podsumowując, serum Bioélixire nie zaszkodziło mi, ale też nie zachwyciło. Powodował większe puszenie się końcówek, ale nie takie nie do przeżycia. Ma dobre opinie NA WIZAŻU i mam koleżankę, która go lubi. Jeśli o mnie chodzi, następnym razem wypróbuję jedwab od GP.


W najbliższym czasie wrzucę aktualizację włosową (jeśli tylko jaka dobra dusza zrobi mi dobre zdjęcie!) i wtedy poopowiadam o zmianach w pielęgnacji. Od dzisiaj piję też pokrzywę (pochłonęłam już dwa średnie kubeczki, ale pewnie w tygodniu zmniejszę dawkę do jednego kubka dziennie), co jest dla mnie sporym poświęceniem dla włosów. Śmieszna sprawa, bo bardzo lubię zioła - dziurawca, rumianek, lipę czy miętę - ale pokrzywa mi zupełnie nie podchodzi. Niestety :( Wracam też do wcierania Jantaru po dwutygodniowej przerwie - liczę więc na porządny przyrost. Trzymajcie kciuki!

Pozdrawiam,
Ariadna.


poniedziałek, 3 lutego 2014

Genialne serum DIY (ściągnięte od Anwen i bumtarabum)

Witam,

dzisiaj nie mam wiele czasu (masa nauki, języki patrzą na mnie błagalnie z biurka, pokrzykując, że czas już wkuwać słówka), ale postanowiłam napisać Wam o czymś, co mnie ostatnio zachwyciło. Będąc ostatnio w Rossmannie, kupiłam buteleczkę z atomizerem "na coś", bez konkretnego pomysłu. Potem, w domu, poszukałam kilku pomysłów na jakiegoś rozpylacza, no i znalazłam, jak zawsze na blogu nieocenionej ANWEN , która z kolei otrzymała przepis chyba od bumtarabum. Anwen nazwała to olejowym serum dla leniwych, ale jak dla mnie jego aplikacja nie była zbyt łatwa :/ no i nie trzymałam się zbytnio przepisu. Ok, w ogóle nie trzymałam się przepisu.

U Anwen widzicie odmierzone proporcje (10ml oleju, 10ml wody, 10ml dowolnej odżywki). A ja?

Po prostu, radośnie decydując się na eksperymenty, wzięłam trochę (półtorej łyżeczki?) oleju kokosowego, rozpuściłam w ciepłej wodzie (pojęcia nie mam, ile jej było), wlałam trochę olejku Alterry papaja i migdał (dwie pompki, to pamiętam!) i sporo odżywki Isany niebieskiej. Całość zamieszałam, nałożyłam na włosy, odczekałam godzinę i zmyłam szamponem. Efekt? Niesamowity! Włosy były mięciusieńkie, delikatne, sypkie, lśniące - cudo. Mam raczej niezniszczone kłaki i zwykle nie widać u mnie spektakularnych efektów. Ten był absolutnie spektakularny.

Za drugim razem potrzymałam tę mieszankę przez noc, i dodałam dwie kropelki gliceryny. Tym razem nie było już aż takiego efektu wow, ale może włosy były po prostu już nawilżone, a może nie powinnam trzymać serum tak długo? Sprawdzę to jeszcze, ale na razie dam włosom odrobinę odpocząć. Moje kłaki nie lubią monotonii i muszę żonglować kuracjami jak szalona :( W każdym razie po drugim razie włosy były lśniące, gładkie i sypkie, ale już nie tak delikatne.

Jeśli więc macie ochotę na jakieś eksperymenty, to polecam :) jak widać, można coś fajnego ukręcić (a ta niepewność, kiedy usiłuje się powtórzyć własny przepis... Bezcenna) i otrzymać genialny efekt. W zimie mam ochotę na nawilżenie - okrutna pogoda w okropny sposób mnie wysusza, zwłaszcza twarz (raz miałam tak, że musiałam, niestety, w łazience szybko poprawić podkład, bo skóra wyglądała na tragicznie przesuszoną). Dlatego nawilżanie włosów wydaje mi się być dobrym pomysłem :)

 A Wy? Tworzycie czasem coś na chybił trafił, co okazuje się być świetną mieszanką?

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Aktualnie siedzę z maseczką z siemienia lnianego na włosach i twarzy - może i o siemieniu coś skrobnę? Wypróbuję jeszcze je ze dwa razy i napiszę, co o nim sądzę. A teraz biegnę się uczyć :)

środa, 29 stycznia 2014

Olej i mgiełka.

Witam,

wytworzyła mi się jakaś dziwna maniera, żeby opisywać po dwie rzeczy naraz! Chyba dlatego, że nie lubię krótkich postów. Z drugiej strony - 3 na miesiąc to żadne osiągnięcie. Powinnam się zabrać za to wszystko trochę energiczniej, ale akurat jestem chora, więc nie cuduję z włosami (wręcz przeciwnie, trzymam je 3 dzień bez mycia... wiem, że przetrzymywanie jest złe, ale i tak próbuję, skoro nie mam sił wstać z łóżka). Za to przed chorobą zdecydowanie cudowałam.

Dostałam od mojej kochanej Przyjaciółki, posiadaczki bardzo długich włosów zresztą, olej kokosowy. Strasznie się ucieszyłam, bo ciężko mi go było dostać (ok, po prostu nie mogłam go dostać za cholerę). Nałożyłam go od razu po dostaniu na godzinę przed myciem i muszę powiedzieć, że moje włosy (określone na Wizażu jako średnioporowate z tendencją do niskiej porowatości, co by się zgadzało) zareagowały dobrze. Włosy były gładkie, nieco bardziej błyszczące, takie jak po dobrym olejowaniu - zdrowe. Zero puchu :) Będę chciała potrzymać kokosa na głowie przez całą noc, ale to jak wyzdrowieję.



(jak zwykle zmasakrowane opakowanie, naddarta naklejka, cała ja -.-)

Idąc dalej, zmajstrowałam ostatnio miksturę (z odrobiną kokosa), która sprawiła, że moje włosy były po prostu obłędnie miękkie i sypkie. One normalnie są dosyć zadowalające (mało mają lat, nie były farbowane ani prostowane, to też skąd mają mieć olbrzymie zniszczenia?) i trudno dostrzec różnicę po czymkolwiek. Po tej mieszance były cudowne! Wypróbuję ją jeszcze raz, żeby mieć pewność, i Wam o niej napiszę. Dowiedziałam się o niej z bloga Anwen i jakkolwiek brzmiała jak "przeciętniaczek" to efekt po pierwszym użyciu mnie zachwycił :)

To teraz czas na drugi produkt, jak już się porozpływałam nad kokosem. Jest to mgiełka do włosów tłustych Radicala, kupiona przed włosomaniactwem. Niemożliwa do wykończenia -.- mam ją już chyba z rok...



Kolor przekłamany, to zupełnie inny fiolet. Producent pisze (poniżej daję zdjęcie etykietki) żeby psikać mgiełką włosy tuż po umyciu lub przed myciem w celu przedłużenia świeżości. Psikanie po myciu nie daje efektów. Żadnych, nawet najmniejszych. Żadnych. Psikanie na włosy nieumyte nie daje żadnych efektów (już nie muszę powtarzać?). Chyba, że psiknę więcej niż raz. Wtedy jest efekt, nie przeczę. Efekt posklejanych włosów, które wyglądają jeszcze gorzej.



Nie miałam długo pomysłu, jak zużyć tę mgiełkę. Podobał mi się jej zapach, więc psikałam czasem odrobinę na długość, ale potem zrozumiałam, że mogę sobie tym tylko wysuszyć zdrowe włosy. Teraz więc czasem psikam trochę tej mgiełki na mojego Tangle Teezera celem zdezynfekowania (widzicie skład?! Alkohol wyżej od wody!) albo... w sumie to nie wiem, jakim celem. Po prostu chcę zużyć tę mgiełkę. A mam jeszcze jakieś 4/5 opakowania, ratunku!

Czy Wy też macie produkty, które chcecie za wszelką cenę zużyć, byleby już się nie męczyć z tym bublem?

Pozdrawiam,

Ariadna.



niedziela, 12 stycznia 2014

Aktualizacja.

Witam,

Co to za blog włosowy bez aktualizacji? ;) dotychczas gryzłam się tym, że mam troszeczkę podniszczone końcówki (ale nie porozdwajane, co po ponad roku niepodcinania jest niezłym sukcesem). Teraz już nie mam wymówki i poprosiłam Siostrę o zrobienie mi zdjęć. Niechętnie (bo co też znów wymyśliłam...) je zrobiła i oto są.





Kolor jest naturalny i generalnie jest najbardziej zbliżony do tej najjaśniejszej części - to taki miodowy blond, nie wiem, jak to nazwać. Końcówki wyglądają gorzej, bo są odgniecione od koczka - ślimaczka - generalnie potrzebuję czegoś do sypiania w tym, no i koczek, chociaż mi kręci włosy, jest najlepszy. Tyle że puszy końcówki :( I jak normalnie mi się nie plączą włosy, tak do zdjęcia musiały zrobić takie brzydkie coś po prawej stronie :( przepraszam Was, nie zauważyłyśmy z Siostrą.


Tak się prezentują po byciu związanym (spuszonym!) na mokro. No niestety :( Ten ciemny kolor też jest przekłamany w dalszym ciągu, normalnie jest taki, jak ten najjaśniejszy tutaj. I końcówki wcale nie są takie suche!

Próbowałam sobie zmierzyć włosy i wyszło tak ok. 63- 65 cm, a obcięłam u fryzjerki 5cm. Kurczę, przyda się dociągnąć do 70... <marzy>

Jutro postaram się zrobić i wstawić zdjęcie włosów zupełnie prostych (po całej nocy w ślimaku będą idealnie proste, nim dojadę do szkoły...), więc będzie to bardziej wiarygodne. A tymczasem dobranoc i życzę wszystkim sił na ten tydzień... :(

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. I cały czas myślę, czy to puszenie końcówek to nie wina olejku arganowego od Bioelixire... Jakoś mi ta firma nie podeszła :( może lepiej zabezpieczać końcówki olejkiem Alterry? Jak myślicie?

sobota, 11 stycznia 2014

Dwa olejki i krem.

Witam :)

Jak może pamiętacie, bawię się ostatnio w denkowanie. I całe szczęście, bo 99% produktów, które mam, już mi się dawno znudziło! -.- a w kolejce czekają następne i następne pomysły...

Zdenkowałam na przykład olejek łopianowy z czerwoną papryczką of Green Pharmacy.



To było moje drugie opakowanie, ale pierwsze podczas świadomej pielęgnacji. Pamiętam, że kiedy kupiłam ten olejek po raz pierwszy, bardzo fajnie nawilżył on przesuszoną letnim słońcem i morską wodą skórę głowy. Teraz kupiłam go po raz drugi (jeszcze przed włosomaniactwem), odstawiłam i dopiero jakiś czas temu zaczęłam wykańczać.
Efektów jego działań najzwyczajniej... Nie widać. Na początku butelki sprawiał, że moje włosy były przyjemnie miękkie, ale później chyba się przyzwyczaiły i przestały reagować jakkolwiek. Nie mogłam go trzymać za długo - max. 30min, bo potem włosy wypadały. To skazywało go na używanie tylko w tygodniu, kiedy myję głowę wieczorem i nie mam za dużo czasu. No cóż :(
Przyrostu skubaniec nawet nie tknął (minus, bo to ma być jego główne zadanie), baby hair zauważyłam po nim odrobinę, ale myślę, że to sprawka Jantara (a tak offtopem, to mam tyle babyhair po dawnej kuracji Rzepą od Joanny, że nad uszami zrobiły mi się swoiste "pejsy"! Strasznie się z nich cieszę, dobrze wyglądają i chcę wyhodować ich następców), nie olejku. Kondycji włosów też wiele nie poprawił. Niestety, wykończyłam go ledwo - ledwo, bo już sił mi na niego nie starczyło -.-

Przez chwilę olejowałam włosy tylko oliwą z oliwek - to moje ulubione mazidło do włosów - z domieszkami oleju rycynowego i oleju z wiesiołka; raz pokusiłam się o olej słonecznikowy (okazało się, że rafinowany) i raz o olej sezamowy (pachnie tak mocno, że nie mogłam spać, tylko leżałam i myślałam, jak bardzo mam ochotę na sushi z krewetką, posypaną sezamem...). A potem przeczytałam gdzieś informację, że oliwa z oliwek wpływa na rozwój jakichś złych rzeczy na głowie (drożdżaków? niestety nie pamiętam). Nie wystraszyłam się zbytnio, ale postanowiłam kupić coś na zmianę, żeby nie zanudzić włosów.

Padło na olejek Alterry (z przeznaczenia do masażu) z migdałem i papają. O, proszę:



Ma wygodną pompeczkę i bardzo ładny skład. Jest dość lekki, przyjemny w nakładaniu na włosy, nie tak ciężki jak oliwa z oliwek. Nadaje włosom fajny połysk, miękkość, mam wrażenie, że podkreśla mój naturalny kolor! To jest jednak opinia po zaledwie czterech olejowaniach, więc pewnie coś o nim jeszcze skrobnę...

Ma przepiękny zapach, który absolutnie uwielbiam. Używam go też odrobinkę do ciała (idealnie koi skłonne do podrażnień nogi po depilacji zamiast balsamu, pięknie nawilża skórę po kąpieli). Mam nadzieję, że moja opinia nie zmieni się w miarę użytkowania, bo na razie bardzo się z tym olejkiem polubiłam!

Żeby jednak nie było, że nie lubię Green Pharmacy (bo bardzo lubię ich szampony i jedwab, olejek też kiedyś nawet lubiłam) to pokażę Wam, co kupiłam ostatnio za zawrotną sumę 1,99zł w Rossmannie:


Idealny krem do rąk. Ładnie pachnie, ma wygodną tubkę i nawilża tak nieprawdopodobnie, że jestem zachwycona. Co jakiś czas robi się potworny przesusz na wewnętrznej stronie jednej dłoni. Dermatolog zapisał mi na to maść ze sterydami, którą już kończę, bo przesusz się odnawia co jakiś czas (przyczyna nieznana...). Krem od Green Pharmacy ładnie go nawilża i koi, chociaż pewnie z kompletnym wyleczeniem sobie nie poradzi (testuję to). Bardzo go polecam, ja wybrałam aloesowy, ale były też inne, widziałam rumianek i chyba nagietek...

Też tak macie, że czasem jeden produkt danej firmy kochacie a inny wyrzuciłybyście przez okno?

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Wczoraj byłam u fryzjera i pozbyłam się 5cm końcówek, może więc w końcu zrobię im porządne zdjęcie i wrzucę tutaj, żeby się pochwalić :) na pewno wiem że ruszam akcję z kozieradką i piciem pokrzywy ( pokrzywę już popijam). Trzymajcie za mnie kciuki! :D

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Szampony, szampony...

Witajcie :)

Dzisiaj chciałam poruszyć temat szamponów. Generalnie nie pokładam w nich dużej nadziei czy czegoś takiego, bo to produkt, który na naszej głowie jest kilkadziesiąt sekund, a potem spłukuję go najlepiej, jak potrafię. Ma za zadanie myć, czyścić, i jedyne, co byłoby dla mnie cenne, to przedłużenie świeżości włosów. Żadnemu się to jeszcze nie udało, ale zauważyłam, że przy żonglerce kosmetykami moje włosy łapią odrobinę objętości (tylko pierwszego dnia po myciu, niestety). Dlatego zwykle mam jednocześnie dwa szampony otwarte. Oczywiście przechodziłam etap szamponu familijnego i używania co popadnie... Aktualnie przykładam większą wagę do tego, czym myję włosy, moja mama myje tym, co stoi najbliżej niej, siostra zaś tym, co najładniej jej pachnie (szampony z rzepą i ziołowe są zwykle bezpieczne). Mama ma niezbyt długie włosy, ale Siostra jest posiadaczką trochę krótszych od moich, ciemniejszych włosów, więc to taki mały szamponowy szkodnik :)

Jak wspomniałam, dobrze sprawdza się u mnie żonglerka szamponami. Mama kupiła jakiś czas szampon Joanny "Rzepa" wzmacniający, z odżywką. Uznałam, że mnie chyba nie zabije.

Niestety nie umiem obrócić tego zdjęcia -.- Wybaczcie.

Producent mówi o dokładnym myciu, spuszeniu włosów, odżywieniu, dodaniu blasku - typowo, mnóstwo obietnic. Do czego mogę się przyczepić? Mi przetłuszczania nie opóźnił, włosy szczególnie ładniejsze też nie były, używałam po nim odżywki, bo wysuszał kosmyki (skóry głowy już jakoś nie, chociaż ona chyba niereformowalna była). Nie zarejestrowałam żadnego wzmocnienia. Zapach rzepy był typowy, jak to u Joanny, niezbyt mocny, wyczuwalny po umyciu.


Tutaj macie skład. Sporo silikonu... Ammonium Lauryl Sulfate, Sodium Laureth Sulfate... To by było to, co znam xD Może to dlatego nie okazał się zbyt dobry. Na korzyść przemawia jego ogromna butla, ale co po tym, skoro średnio przyjemne z niego myjadło? Nie wrócę do niego.

Drugi szampon, jakiego ostatnio używałam, to szampon jajeczny z Barwy Naturalnej. Barwa jest taka popularna w sieci, że zdecydowałam się spróbować. 
Wszystkie zdjęcia zrobiłam źle :( ech... 

Szampon nie pachnie jajkiem, ale ma dość specyficzny zapach, jest raczej rzadki, koloru żółtego. Myje się nim wygodnie, ładnie się spienia. Nie robi cudów, ale moje włosy spokojnie dadzą sobie po nim radę bez odżywki. Pewnie jeszcze o tym wspomnę, bo zawsze testuję w ten sposób szampony w tygodniu, podczas roku szkolnego, kiedy mycie włosów wypada we wtorek i czwartek. Mam wtedy treningi do późna, wracam do domu i myję włosy tylko szamponem, co jest ciekawym doświadczeniem zwykle.

Tak czy siak szampon jest dobry. To, co mnie zdziwiło, to że jest on uznany za bezsilikonowy (co nawet producent pisze z tyłu) a ma w składzie Sodium Laureth Sulfate. Wszędzie czytałam, że to silikon - o co chodzi?


Już tutaj widać w składzie ten Sodium Laureth Sulfate...
A tu jest cały skład.
Nie wiem, o co z tym SLES chodzi. Niestety. Co mogę jeszcze powiedzieć o szamponie od Barwy, to jego beznadziejna wydajność - po prostu beznadziejna! Umyłam nim włosy dwa razy, moja siostra raz, mama raz i nie ma prawie połowy butelki - a żadna z nas nie używa kosmicznych ilości szamponów. Czyli osiem myć to cała butelka? No, powiedzmy dziesięć, bo to trochę mniej niż połowa. To strasznie mało według mnie...

Szampon Joanny już się właściwie skończył, Barwa też długo nie potrwa, ale to dobrze, bo w kolejce stoją jeszcze Radical dodający objętości (nie chciałam kupować tego do włosów przetłuszczających się, bo mam mgiełkę z tej serii i jakoś tak chciałam coś innego wypróbować) i ogromna butla szamponu na kwiatowym propolisie Babuszki Agafii spod choinki :) No i wielkie plany kupienia szamponów Alterry na przykład.

A teraz mam projekt wielkie denko (no wielkie jak wielkie, posiadam minimalne ilości kosmetyków), wszystko wykańczam! Zielona maska Biovax (beznadziejna. nie robi nic! Na początku włosy były bardziej miękkie, to wszystko), jedna maska L'Oreala (piękny zapach), szampon i olejek z Green Pharmacy, który chyba aż zrecenzuję. To oznacza dużo nowych kosmetyków :) A Wy? Jesteście akurat w połowie swoich zapasów, czy też zbliżacie się do końca?

Pozdrawiam,
Ariadna.

czwartek, 26 grudnia 2013

Mydło Aleppo.

Hej :)

Niestety w święta do Internetu dostęp miałam ograniczony, a i życzyć na tym blogu średnio jest komu, ale może się to zmieni :) w każdym razie u mnie już po świętach, koniec wizyt i tych ogromnych babcinych obiadów, trwających długie godziny.

Pamiętacie tę wielką, nieporęczną kostkę mydła, którą Wam pokazywałam jakiś czas temu? Moje mydło Aleppo nie zostało jeszcze zużyte nawet w połowie, ale chyba już mogę Wam je opisać, bo wypróbowałam je sporo razy i nie sądzę, żeby coś mogło się drastycznie zmienić.

Moje mydło z Aleppo to 30% oliwy z oliwek, 70% oleju laurowego i woda morska. W sklepie, jak Wam już pisałam, poinformowano mnie, że to najmocniej oczyszczające z różnych stężeń, dobre do mycia włosów i skóry trądzikowej. Tym mydłem można myć absolutnie wszystko - włosy, twarz, całe ciało, delikatne swetry.

Najpierw zaczęłam jego stosowanie na włosy. I tu pojawiły się problemy... Z tej ogromnej kostki odcięłam kilka mniejszych kawałków i spróbowałam nimi umyć włosy (które są, niestety, dość długie i o dość normalniej gęstości). Przyznaję się - młoda jestem i nigdy nie myłam włosów szarym mydłem czy innymi takimi rzeczami, o których mi mama/ babcia opowiadały. Dlatego szorowanie się czymś w formie ciała stałego, w dodatku słabo się pieniącego, okazało się mordęgą! Wyszłam spod prysznica nieomal ze łzami w oczach, przekonana, że włosy są splątane, wciąż brudne i w ogóle (splątane, bo żeby dotrzeć tym mydłem do skóry głowy nachyliłam się w przód, a zwykle myję włosy w pozycji stojącej od początku do końca, z uniesioną głową, w ten sposób się nie plączą ani nie strączkują). Ku mojemu zdziwieniu, włosy, jakkolwiek faktycznie poplątane w okrutny sposób (na TT zostało trochę więcej włosów, bo musiałam je rozczesać) były czyste. Naprawdę, naprawdę czyste, jak po szamponie, za to suche i potwornie elektryzujące się - naprawdę potwornie! Strzelały prądem, latały, były szorstkie w dotyku - na tym skończyły się opowieści pani ze sklepu, że ponoć odżywek po nim nie trzeba używać. Trzeba, przynajmniej w moim przypadku. Włosy były jednak oczyszczone ze wszelakich silikonów (chociaż o ile znam się na składach to niewiele ich używam) i zyskały troszkę objętości, chociaż może to dlatego, że się nieco puszyły (ale w niebrzydki sposób, były puszyste, nie napuszone, jeśli wiecie o co mi chodzi :) ). 

Za drugim, trzecim i czwartym razem po umyciu włosów normalnie nałożyłam odżywkę i włosy wyszły w sumie normalne, tylko że elektryzujące się :( niestety. I baby hair trochę bardziej sterczały, a już i tak nie mogę zaczesywać włosów do tyłu, bo wyglądam jakby we mnie piorun trzasnął... Może to była ta objętość, którą mnie skusiła pani ekspedientka w sklepie...
Za piątym myciem miałam troszkę więcej czasu i chciałam sprawdzić, czy mydło zmyje olej (oliwę z oliwek z odrobiną oleju rycynowego). W ostatniej chwili nałożyłam jednak na głowę nielubianą odżywkomaskę od Bioelixire (ja nie wiem, co to jest...) w roli emulgatora, spłukałam i potem umyłam głowę mydłem. Nie wiem, czy Aleppo poradziłoby sobie z surowym olejem na głowie, jakoś tego nie widzę...


Za to do skóry twarzy używam mydła non stop, raz dziennie przynajmniej. Pieni się dość słabo, ale wygodnie się nim myje. Świetnie zmywa najcięższy z moich makijaży (podkład i puder jednocześnie), pozostawia skórę gładką i aż "piszczącą" przy dotykaniu. Nie zauważyłam, żeby zmieniał tworzenie się wyprysków, ale według mnie przyspiesza troszkę proces gojenia się (i ran i wyprysków). Próbuję go używać też na dekolt, który ostatnio niestety wariuje i niestety przy poważniejszych sprawach (większe, wredniejsze wypryski) efekt jest niezauważalny. Ale myje dobrze :)

Podsumowując, do twarzy go używam i używać będę, bo w roli czegoś do mycia bez silikonów i niewysuszającego cery jest dobry. Do włosów będę go używała co jakiś (dłuższy zapewne; co dwa tygodnie?) czas, w ramach raczej oczyszczenia. Solo absolutnie nie nadaje się na moje włosy, niestety, za to w duecie z odżywką/ maską jest całkiem dobry. Tylko to elektryzowanie podczas sezonu szalików i kaloryferów jest niemożliwe...

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Szukam ostatnio jakiegoś niezbyt drogiego, ładnie pachnącego peelingu do ciała - typowego zdzieraka, może być dość mocny. Polecicie mi coś? Będę wdzięczna za każdą pomoc :)



czwartek, 19 grudnia 2013

Niszczenie włosów - nieważne najważniejsze czynniki w moim przypadku.

Hej :)
Czytając blogi innych osób prawie zawsze natykam się na samokrytycyzm - wymienianie, co robiło się źle przed rozpoczęciem świadomej pielęgnacji. To jest świetna sprawa, która pozwoli nam uniknąć naszych błędów, postanowiłam więc sama podsumować moje potknięcia - tym bardziej, że staram się ostatnio je niwelować i zauważać.

Zwykle w błędach są wymieniane prostownice, farby co miesiąc i tego typu rzeczy. Niestety do tych się nie dotykałam :( moje włosy są z natury proste i mają złocisty odcień blondu (zdjęcia możecie zobaczyć w poście o Tangle Teezer), więc nie sprawiają mi problemów. Oczywiście tylko teoretycznie ;) w gruncie rzeczy najbardziej wykańczały je błędy typowo mechaniczne - nie farbowanie czy zła pielęgnacja. Wprawdzie używałam drogeryjnych- wszystko- jedno- jakich- najlepiej- żeby- ładnie- pachniały szamponów, ale włosom niezmasakrowanym wysoką temperaturą czy farbą to nie przeszkadzało. Były przeciętne i tyle.

Za to mechanicznie... Po pierwsze je szarpałam podczas czesania. I to w taki sposób, że moja włosowo obojętna mama zwracała mi uwagę, bo dosłownie urywałam pojedyncze włoski w połowie (dotychczas to widać!). Czesanie nie było trudne z moimi grzecznymi włosami, ale nie umiałam tego robić delikatnie...
 Po drugie używałam i używam suszarki (nie ma dla mnie innej opcji...), ale nie uważałam z nią i bardzo często część włosów wkręcała mi się w nią od tyłu (tam gdzie ona ma takie otworki, nie znam fachowej nazwy :(). Wtedy, wystraszona bólem ("przecież nie może mi wyrwać tych włosów!") pospiesznie urywałam je w połowie. Aż się wzdrygam jak o tym teraz piszę :(
Po trzecie nosiłam je rozpuszczone, a szkolne, ciężkie torby przytrzaskiwały je i urywały. I łamały.
Po czwarte nosiłam gumki z metalowymi elementami, które mnie skutecznie pozbawiały pojedynczych włosków.
Po piąte nosiłam bluzki, które miały suwak z tyłu, na karku. Wyglądało to świetnie, ale w każdej fryzurze wyrywało to masę włosów :(
Po szóste nosiłam okulary (to nie było akurat robione specjalnie, a z przymusu) i krótkie włoski grzywki kończyły swój żywot w zgięciu tych części za uszy - nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale ilekroć zdejmowałam okulary, wyrywałam sobie włosy. Niestety :(

Oczywiście to wszystko są drobiazgi, ale skumulowane razem sprawiły, że dotychczas, mimo sumiennej pielęgnacji, mam włosy potwornie nierównej długości! Jest cała masa nieregularnych, urwanych włosków :( Bardzo mnie to smuci, ale staram się wyeliminować te wszystkie czynniki - większość zawiera się w większej ostrożności i pilnowaniu włosów; jeśli chodzi o czesanie, robiłam to delikatniej i kupiłam TT, bluzki noszę tylko do koczków, nie mam już grzywki ani okularów, a gumki kupiłam całkowicie miękkie. I już :) nieważne najważniejsze czynniki wyeliminowane!

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Mam dla Was kilka pomysłów na posty - wszystkie kosmetyki o których Wam pisałam kilka postów temu są do zrecenzowania, muszę jeszcze tylko sprawdzić jeszcze z raz ten olejek arganowy od Bioelixire, bo coś mi się on nie podoba :/

niedziela, 1 grudnia 2013

Mydło i powidło...

Witajcie :)
Jak sama nazwa wskazuje, w tym poście poruszę tematy trochę różne, ale wciąż większość o włosach :) chciałam się pochwalić rzeczami (pewnie drobnostkami, ale jak one cieszę kobiecą naturę!), które ostatnio kupiłam :)


Zacznijmy więc od tego, co kupiłam najdawniej, czyli małej butelki oleju rycynowego. Słyszałam o nic masę dobrych rzeczy, w blogosferze jest znany nie od dziś (olejowanie włosów, olejowa metoda oczyszczania twarzy, na pewno o tym wspomnę :) ). Moja buteleczka kosztowała ponad 4 zł, ale wiem, że można kupić i za mniej - mi się po prostu wtedy spieszyło na autobus, wybrałam pierwszą lepszą aptekę w centrum miasta (wiadomo, drogo) i cen nie znałam, więc wzięłam.

Przepraszam za otłuszczoną buteleczkę, ale jestem okropną fajtłapą i wszystko upaprzę, jak tylko się tego dotknę :) a tłusta, gęsta konsystencja oleju rycynowego wcale tego nie ułatwia.
Na włosy nakładałam go dwa razy, zawsze w niewielkiej ilości i pomieszanego z oliwą z oliwek (uwielbiam nią olejować włosy!). Mimo to czuć było trudność w nakładaniu, charakterystyczny zapach i zupełnie inną konsystencję. Bałam się, że go nie zmyję, ale drogeryjny szampon dał sobie radę bez trudu. Włosy były miękkie, bardziej lśniące i odrobinkę bardziej śliskie, więc na razie jestem zadowolona, zaznaczam jednak - to dopiero dwa olejowania, będzie ich więcej :) Będę informować na bieżąco.

Kupiłam też Argan Oil Serum od Bioélixire. Przejechałam się na tej firmie, kupując ich maskę do włosów z olejem arganowym (alkohol na drugim miejscu składu - nie wiem, co ja myślałam, kupując ją, robi mi "cudowne" sianko z końcówek, nie polecam, chociaż moja mama używa i nie narzeka... ja jednak wolę na odległość), stwierdziłam jednak, że serum nie może mi wiele krzywdy wyrządzić - i na razie tego nie robi. Zabezpieczam nim końcówki, używam więc malutkiej ilości, którą starannie rozcieram w dłoniach i potem nakładam ją ostrożnie na końce włosów. Raz niechcący upaprałam nią jeden kosmyk i przez dwa dni było to widać :/ Oczywiście buteleczka znowu obtłuszczona, przepraszam -.-







Urzekł mnie piękny zapach tego serum, jakoś mi się podoba :) Producent pisze o nakładaniu tego serum "na wilgotne włosy, szczególnie na ich końce, nie spłukiwać", jednak ja nie pokuszę się o spróbowanie tego na całości, mogłoby się to źle skończyć dla moich skłonnych do obciążeń włosów. Co jeszcze producent pisze na opakowaniu? Wychwala regenerujące i chroniące zastosowania serum, wspomina, że jest ono wzbogacone o olejek jojoba i słonecznikowy. Nic, tylko się nacierać ;) poinformuję po dłuższym czasie, czy nie robi mi żadnej krzywdy, dopiero ze 3 razy nałożyłam.

I już ostatnia niedawno kupiona rzecz, czyli mydło z Aleppo! Czytałam o tym produkcie niemało, ale sądziłam, że nigdy go nie znajdę, stąd więc moje zaskoczenie, gdy natknęłam się na nie w "Mydlarni Franciszka". Przemiła pani ekspedientka tak mnie zakręciła, że kupiłam duże opakowanie (210 g), mimo tego, że do kasy podeszłam z niepewną miną i malutką próbką. Mój Połówek, który był ze mną, tylko się śmiał, jak szybko para ekspedientów (pani i pan, oboje świetnie zorientowani w temacie) wmanewrowała mnie w zakup. No cóż :)


Wybrałam mydło złożone z 30% oliwy z oliwek, 70% oleju laurowego i wody morskiej. Zapłaciłam 44 zł - okropnie drogo, ale trudno, przebolałam to :/ Ponoć można nim myć włosy i całe ciało, ma mocne właściwości oczyszczające, "Likwiduje łupież, jest doskonałe na łuszczycę, egzemę, trądzik i wszelkie podrażnienia skóry. Do stosowania dla każdego rodzaju skóry, nawet tej najbardziej wrażliwej dziecięcej i alergicznej" - tak pisze producent na opakowaniu. No dobrze, wypróbujemy ;) wszystko, co niszczy trądzik, Ariadna chętnie kupuje. Mam zamiar go używać do mycia twarzy i włosów, całego ciała mi jakoś szkoda xD

Na pewno dam Wam znać, jak mydełko się sprawuje. Strasznie mi dzisiaj zdjęcia wariowały - to chyba kara za to, że zrobiłam je telefonem zamiast aparatem, wybaczcie jakość :(

Pozdrawiam, trzymajcie się cieplutko (i sucho, bo u mnie deszcz leje, fuj)
Ariadna.

wtorek, 26 listopada 2013

Tangle Teezer?

Cześć wszystkim :)

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić produkt bardzo, ale to bardzo znany we włosomaniaczych czeluściach Internetu, a mianowicie Tangle Teezer, skracany pieszczotliwie do TT:


Ta szczotka, polecana szczególnie dzieciom, nieznoszącym szarpania za włosy, oraz osobom z włosami skłonnymi do plątania się, zbiera najróżniejsze opinie, od bardzo dobrych, po mocno średnie (a wręcz, niestety, kiepskie). Ja kupiłam ją, szczerze powiedziawszy, bez dłuższego zastanowienia. Mam włosy dość gęste, ale cienkie i skłonne do klapnięcia, bałam się więc tracić ich dużą ilość (dotychczas walczę o gęstość :) ). Wybrałam wersję kompaktową (nie próbowałam się czesać normalną wersją), w dodatku z uroczym motywem flag brytyjskich. Mówiąc szczerze, rodzice nie byli zadowoleni, gdy z allegro przyszedł mój TT (za który zapłaciłam chyba 56zł) i okazał się być dość tandetnie wyglądającą, plastikową szczotką. 


No cóż ;) dla mnie osobiście TT stał się jedyną szczotką, jakiej tylko mogę używać (ale nie próbowałam takich z naturalnego włosia jeszcze, niestety...). Jest idealnie dopasowany do ręki, wygodny, świetnie rozczesuje i unosi odrobinę moje klapnięte włosy. Zresztą, za przecudowny masaż głowy, który wykonuje, wybaczyłabym mu wszystko :)



Ogromną zaletą Tangle Teezera okazał się też materiał, z jakiego jest on zrobiony (wprawdzie nie mam pojęcia, co to jest - plastik? miękki plastik?), który sprawia, że szczotka błyskawicznie schnie po myciu. Można jej też używać do nanoszenia odżywek bez spłukiwania - ja po prostu psikam kilka razy mgiełkę albo odżywkę na szczotkę, a potem rozczesuję włosy. Bardzo wygodny sposób aplikacji :)

Jedyne, co mnie męczy, to krótkie ząbki (wolałabym dłuższe, żeby miały szansę się przebić przez całą warstwę włosów) i trudności w oczyszczaniu tej szczotki - ciężko się wyciąga z niej włosy i nie bardzo mam jak ją wyszorować, muszę zatem poprzestawać na płukaniu jej.



Z mojej strony nie zauważyłam zniszczonych końcówek (wiele blogerek się na to skarży), może to być jednak kwestia tego, że mam mało podatne na uszkodzenia, dość zdrowe włosy, w dodatku skłonne do przetłuszczania się. No i zabezpieczam je odżywką (z silikonem, co pewnie mnóstwo osób potępia ;) ) co pewnie też minimalizuje szanse na niszczenie włosów.

Moja koleżanka używa normalnej wersji TT do włosów dość zniszczonych, gęstych i baardzo suchych i bardzo sobie ją chwali, nigdy nie wspomniawszy o zniszczonych końcówkach. Myślę więc, że i w przypadku plączących się włosów TT sprawdzi się świetnie :)

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Moim fotografem jest moja młodsza siostra, @Nekociak69, która jednocześnie jest moim "przedstawicielem" na Twitterze (to ona zamieszczała informacje o tym blogu) i najlepszą przyjaciółką ;*

Początek :)

Cześć wszystkim :)

Założyłam tego bloga, ponieważ od jakiegoś czasu jestem włosomaniaczką. Mimo tego, że szczególnie uważam na to, co robię z włosami, mam z tym jeszcze problemy, rozwijam się w tej sferze wyjątkowo wolno i ostrożnie, nie chcę zrobić sobie krzywdy, a do niektórych rzeczy się nie przekonałam. Poza tym mam spory problem, związany z tym, że czasem ciężko mi określić różnicę między moimi włosami, np. przed nałożeniem maski i po.
Dlatego myślę, że blog będzie mi pomocny - zacznę formułować myśli, zwrócę większą uwagę na systematyczność i staranność. Uprzedzam - nie jestem specjalistką jak znana wszystkim, kochana Anwen czy inne, doświadczone włosomaniaczki. Jestem bardzo młodą kobietą, która próbuje zajmować się swoim ciałem najlepiej, jak umie i myślę, że jest wiele takich osób jak ja :)
Co jeszcze? Otóż, będąc na utrzymaniu i pod kuratelą moich rodziców, nie kupuję co tydzień nowej maski, odżywki i płukanki (niestety! Bardzo bym chciała, ale jest to niemożliwe). Będąc uczennicą, skracam czas pielęgnacji do minimum. Będąc nastolatką, walczę zaciekle z trądzikiem (niezbyt uciążliwym, trzeba to przyznać, ludzie mają gorzej i bardzo im współczuję) i szalejącymi hormonami. To tak w skrócie, czego możecie się po mnie spodziewać :)

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Nienawidzę zaczynać pisać blogów ;)