sobota, 15 lutego 2014

Aktualizacja włosów

Witam,
jak zwykle moja regularność poszła w... odstawkę, ale też z aktualizacją miałam sporo problemów - kiedy udało mi się już spotkać z Przyjaciółką (tą od oleju kokosowego!) i poprosić ją o zdjęcia, trafił mi się pochmurny dzień (no i zanim pozałatwiałyśmy sprawy i wróciłyśmy do domu, troszkę minęło). W efekcie zdjęcia są, ale w sztucznym świetle :( chciałam je jednak zrobić ze względu na to, że próbuję teraz przyspieszyć troszkę porost (zaraz o tym napiszę) i zdjęcia będą przy tym przydatne.



Niestety, w tym miesiącu byłam aż dwa razy chora. Dzięki pielęgnacji, jaką wypracowałam sobie tuż po poprzedniej aktualizacji włosowej, miałam przez chwilę włosy w świetnym stanie, jednak zaraz potem zaczęłam sezon chorobowy i zwyczajnie nie miałam czasu na włosy :( Stąd poza odżywką i szamponem nie robiłam właściwie nic, co jednak już zmieniam!

Jeśli zaś o włosy chodzi, nie wiem, co się stało z ich długością. Jak na zdjęciu widać, są proste, a jednak końcówki coś psocą i się podwijają, sama nie wiem, włosy w pewnym momencie są delikatnie wygięte, widzicie to? Denerwuje mnie to, bo przez to się układają... Sami widzicie, jak. Najkrótsze i najbardziej skrajne pasma mają do tego prawo (są krótsze, bo to była kiedyś grzywka), ale reszta? Zaznaczam, że niczym włosów nie układałam, są takie, jak się same ułożyły. Niestety...


Kolor jest beznadziejnie przekłamany, ale to chyba widać - w niektórych miejscach jest pomarańczowy od światła sztucznego, w innych szary od cienia. W rzeczywistości włosy są bardziej miodowe, to taki zwykły blond. Spróbuję sprawdzić, jak wyjdą takie zdjęcia w świetle dziennym, na dworzu.


Jeśli zaś o przyspieszanie porostu chodzi, od 9 lutego stosuję taki mały zestaw przyspieszaczy: piję jeden kubek pokrzywy dziennie, wcieram w skórę Jantar i masuję skórę specjalnym masażerem (takim "pajączkiem") albo TT. Zobaczymy, czy będą jakieś efekty... Jantar będę wcierać przez 3 tygodnie, potem zrobię tygodniową przerwę, jak zaleca producent. Jeśli chodzi o pokrzywę, postaram się wytrzymać długo, ale nie sądzę, żebym dała radę z trzema miesiącami (nie cierpię pokrzywy w smaku...), więc zobaczymy :)

A Wy? Ścinacie, zapuszczacie?

Pozdrawiam,
Ariadna.

niedziela, 9 lutego 2014

Olejek arganowy.

Witam,
dzisiaj chciałabym Wam opisać jeden, bardzo specyficzny produkt. To będzie recenzja dość chaotyczna i zwariowana, ale nie zrażajcie się :)

Mowa o olejku arganowym firmy Bioélixire, produkcie, który kupiłam już jakiś czas temu (pokazywałam go Wam w TYM POŚCIE), ale długo nie mogłam wyrobić sobie o nim opinii. Prawda jest taka, że kupiłam go w celu zabezpieczania (wydaje mi się, że takie jest jego przeznaczenie, chociaż producent pisze o rozprowadzaniu olejku na całej długości włosów, to jednak w przypadku buteleczki 20ml nie wydaje mi się to dobrym pomysłem) i nie wymagałam od niego wiele. Ale jednak...




Zapach mi się ogromnie podoba. Jest słodkawy, nieco ciężki, ale piękny; kojarzy się z czymś orientalnym. Konsystencja jest typowo oleista (i chwała jej za to!), gęsta. Kolor - leciutko złocisty, niemal przezroczysty. 

Jeśli chodzi o opakowanie, ta malutka buteleczka mi się podoba (wykorzystam ją na pewno, jak tylko dotrę do końca tego olejku...), ale w kwestii dozowania jest niepraktyczna, tym bardziej, że trudno trafić z dobrą dawką kosmetyku. Niestety, otwór jest tak szeroki, jak korek, nie ma żadnego zabezpieczenia - to wyjątkowo nieprzewidywalna sprawa.

Kiedy nakładałam olejek na włosy na początku, wysuszał je. Nie robił tego jakoś wyjątkowo paskudnie, ale widać było lekki puch i zmęczenie; wystarczyły włosy minimalnie podniszczone, żeby to podkreślał. Nałożony w większej ilości kleił mi kosmyki w wyjątkowo nieestetyczny sposób, nałożony w mniejszej praktycznie nie działał. Zniszczenia były identyczne, potem podcięłam końcówki, ale jestem niemal pewna, że ten olejek nie przyczynił się do ich lepszego stanu. Niestety. Ostatnio zabrałam się za mocniejsze nawilżanie na zmianę z olejowaniem (maska z siemienia lub olej przy każdym myciu) i już tak wzmocnionych włosów serum nie zdołało wysuszyć. Ciekawa sprawa...





Podsumowując, serum Bioélixire nie zaszkodziło mi, ale też nie zachwyciło. Powodował większe puszenie się końcówek, ale nie takie nie do przeżycia. Ma dobre opinie NA WIZAŻU i mam koleżankę, która go lubi. Jeśli o mnie chodzi, następnym razem wypróbuję jedwab od GP.


W najbliższym czasie wrzucę aktualizację włosową (jeśli tylko jaka dobra dusza zrobi mi dobre zdjęcie!) i wtedy poopowiadam o zmianach w pielęgnacji. Od dzisiaj piję też pokrzywę (pochłonęłam już dwa średnie kubeczki, ale pewnie w tygodniu zmniejszę dawkę do jednego kubka dziennie), co jest dla mnie sporym poświęceniem dla włosów. Śmieszna sprawa, bo bardzo lubię zioła - dziurawca, rumianek, lipę czy miętę - ale pokrzywa mi zupełnie nie podchodzi. Niestety :( Wracam też do wcierania Jantaru po dwutygodniowej przerwie - liczę więc na porządny przyrost. Trzymajcie kciuki!

Pozdrawiam,
Ariadna.


poniedziałek, 3 lutego 2014

Genialne serum DIY (ściągnięte od Anwen i bumtarabum)

Witam,

dzisiaj nie mam wiele czasu (masa nauki, języki patrzą na mnie błagalnie z biurka, pokrzykując, że czas już wkuwać słówka), ale postanowiłam napisać Wam o czymś, co mnie ostatnio zachwyciło. Będąc ostatnio w Rossmannie, kupiłam buteleczkę z atomizerem "na coś", bez konkretnego pomysłu. Potem, w domu, poszukałam kilku pomysłów na jakiegoś rozpylacza, no i znalazłam, jak zawsze na blogu nieocenionej ANWEN , która z kolei otrzymała przepis chyba od bumtarabum. Anwen nazwała to olejowym serum dla leniwych, ale jak dla mnie jego aplikacja nie była zbyt łatwa :/ no i nie trzymałam się zbytnio przepisu. Ok, w ogóle nie trzymałam się przepisu.

U Anwen widzicie odmierzone proporcje (10ml oleju, 10ml wody, 10ml dowolnej odżywki). A ja?

Po prostu, radośnie decydując się na eksperymenty, wzięłam trochę (półtorej łyżeczki?) oleju kokosowego, rozpuściłam w ciepłej wodzie (pojęcia nie mam, ile jej było), wlałam trochę olejku Alterry papaja i migdał (dwie pompki, to pamiętam!) i sporo odżywki Isany niebieskiej. Całość zamieszałam, nałożyłam na włosy, odczekałam godzinę i zmyłam szamponem. Efekt? Niesamowity! Włosy były mięciusieńkie, delikatne, sypkie, lśniące - cudo. Mam raczej niezniszczone kłaki i zwykle nie widać u mnie spektakularnych efektów. Ten był absolutnie spektakularny.

Za drugim razem potrzymałam tę mieszankę przez noc, i dodałam dwie kropelki gliceryny. Tym razem nie było już aż takiego efektu wow, ale może włosy były po prostu już nawilżone, a może nie powinnam trzymać serum tak długo? Sprawdzę to jeszcze, ale na razie dam włosom odrobinę odpocząć. Moje kłaki nie lubią monotonii i muszę żonglować kuracjami jak szalona :( W każdym razie po drugim razie włosy były lśniące, gładkie i sypkie, ale już nie tak delikatne.

Jeśli więc macie ochotę na jakieś eksperymenty, to polecam :) jak widać, można coś fajnego ukręcić (a ta niepewność, kiedy usiłuje się powtórzyć własny przepis... Bezcenna) i otrzymać genialny efekt. W zimie mam ochotę na nawilżenie - okrutna pogoda w okropny sposób mnie wysusza, zwłaszcza twarz (raz miałam tak, że musiałam, niestety, w łazience szybko poprawić podkład, bo skóra wyglądała na tragicznie przesuszoną). Dlatego nawilżanie włosów wydaje mi się być dobrym pomysłem :)

 A Wy? Tworzycie czasem coś na chybił trafił, co okazuje się być świetną mieszanką?

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Aktualnie siedzę z maseczką z siemienia lnianego na włosach i twarzy - może i o siemieniu coś skrobnę? Wypróbuję jeszcze je ze dwa razy i napiszę, co o nim sądzę. A teraz biegnę się uczyć :)

środa, 29 stycznia 2014

Olej i mgiełka.

Witam,

wytworzyła mi się jakaś dziwna maniera, żeby opisywać po dwie rzeczy naraz! Chyba dlatego, że nie lubię krótkich postów. Z drugiej strony - 3 na miesiąc to żadne osiągnięcie. Powinnam się zabrać za to wszystko trochę energiczniej, ale akurat jestem chora, więc nie cuduję z włosami (wręcz przeciwnie, trzymam je 3 dzień bez mycia... wiem, że przetrzymywanie jest złe, ale i tak próbuję, skoro nie mam sił wstać z łóżka). Za to przed chorobą zdecydowanie cudowałam.

Dostałam od mojej kochanej Przyjaciółki, posiadaczki bardzo długich włosów zresztą, olej kokosowy. Strasznie się ucieszyłam, bo ciężko mi go było dostać (ok, po prostu nie mogłam go dostać za cholerę). Nałożyłam go od razu po dostaniu na godzinę przed myciem i muszę powiedzieć, że moje włosy (określone na Wizażu jako średnioporowate z tendencją do niskiej porowatości, co by się zgadzało) zareagowały dobrze. Włosy były gładkie, nieco bardziej błyszczące, takie jak po dobrym olejowaniu - zdrowe. Zero puchu :) Będę chciała potrzymać kokosa na głowie przez całą noc, ale to jak wyzdrowieję.



(jak zwykle zmasakrowane opakowanie, naddarta naklejka, cała ja -.-)

Idąc dalej, zmajstrowałam ostatnio miksturę (z odrobiną kokosa), która sprawiła, że moje włosy były po prostu obłędnie miękkie i sypkie. One normalnie są dosyć zadowalające (mało mają lat, nie były farbowane ani prostowane, to też skąd mają mieć olbrzymie zniszczenia?) i trudno dostrzec różnicę po czymkolwiek. Po tej mieszance były cudowne! Wypróbuję ją jeszcze raz, żeby mieć pewność, i Wam o niej napiszę. Dowiedziałam się o niej z bloga Anwen i jakkolwiek brzmiała jak "przeciętniaczek" to efekt po pierwszym użyciu mnie zachwycił :)

To teraz czas na drugi produkt, jak już się porozpływałam nad kokosem. Jest to mgiełka do włosów tłustych Radicala, kupiona przed włosomaniactwem. Niemożliwa do wykończenia -.- mam ją już chyba z rok...



Kolor przekłamany, to zupełnie inny fiolet. Producent pisze (poniżej daję zdjęcie etykietki) żeby psikać mgiełką włosy tuż po umyciu lub przed myciem w celu przedłużenia świeżości. Psikanie po myciu nie daje efektów. Żadnych, nawet najmniejszych. Żadnych. Psikanie na włosy nieumyte nie daje żadnych efektów (już nie muszę powtarzać?). Chyba, że psiknę więcej niż raz. Wtedy jest efekt, nie przeczę. Efekt posklejanych włosów, które wyglądają jeszcze gorzej.



Nie miałam długo pomysłu, jak zużyć tę mgiełkę. Podobał mi się jej zapach, więc psikałam czasem odrobinę na długość, ale potem zrozumiałam, że mogę sobie tym tylko wysuszyć zdrowe włosy. Teraz więc czasem psikam trochę tej mgiełki na mojego Tangle Teezera celem zdezynfekowania (widzicie skład?! Alkohol wyżej od wody!) albo... w sumie to nie wiem, jakim celem. Po prostu chcę zużyć tę mgiełkę. A mam jeszcze jakieś 4/5 opakowania, ratunku!

Czy Wy też macie produkty, które chcecie za wszelką cenę zużyć, byleby już się nie męczyć z tym bublem?

Pozdrawiam,

Ariadna.



niedziela, 12 stycznia 2014

Aktualizacja.

Witam,

Co to za blog włosowy bez aktualizacji? ;) dotychczas gryzłam się tym, że mam troszeczkę podniszczone końcówki (ale nie porozdwajane, co po ponad roku niepodcinania jest niezłym sukcesem). Teraz już nie mam wymówki i poprosiłam Siostrę o zrobienie mi zdjęć. Niechętnie (bo co też znów wymyśliłam...) je zrobiła i oto są.





Kolor jest naturalny i generalnie jest najbardziej zbliżony do tej najjaśniejszej części - to taki miodowy blond, nie wiem, jak to nazwać. Końcówki wyglądają gorzej, bo są odgniecione od koczka - ślimaczka - generalnie potrzebuję czegoś do sypiania w tym, no i koczek, chociaż mi kręci włosy, jest najlepszy. Tyle że puszy końcówki :( I jak normalnie mi się nie plączą włosy, tak do zdjęcia musiały zrobić takie brzydkie coś po prawej stronie :( przepraszam Was, nie zauważyłyśmy z Siostrą.


Tak się prezentują po byciu związanym (spuszonym!) na mokro. No niestety :( Ten ciemny kolor też jest przekłamany w dalszym ciągu, normalnie jest taki, jak ten najjaśniejszy tutaj. I końcówki wcale nie są takie suche!

Próbowałam sobie zmierzyć włosy i wyszło tak ok. 63- 65 cm, a obcięłam u fryzjerki 5cm. Kurczę, przyda się dociągnąć do 70... <marzy>

Jutro postaram się zrobić i wstawić zdjęcie włosów zupełnie prostych (po całej nocy w ślimaku będą idealnie proste, nim dojadę do szkoły...), więc będzie to bardziej wiarygodne. A tymczasem dobranoc i życzę wszystkim sił na ten tydzień... :(

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. I cały czas myślę, czy to puszenie końcówek to nie wina olejku arganowego od Bioelixire... Jakoś mi ta firma nie podeszła :( może lepiej zabezpieczać końcówki olejkiem Alterry? Jak myślicie?

sobota, 11 stycznia 2014

Dwa olejki i krem.

Witam :)

Jak może pamiętacie, bawię się ostatnio w denkowanie. I całe szczęście, bo 99% produktów, które mam, już mi się dawno znudziło! -.- a w kolejce czekają następne i następne pomysły...

Zdenkowałam na przykład olejek łopianowy z czerwoną papryczką of Green Pharmacy.



To było moje drugie opakowanie, ale pierwsze podczas świadomej pielęgnacji. Pamiętam, że kiedy kupiłam ten olejek po raz pierwszy, bardzo fajnie nawilżył on przesuszoną letnim słońcem i morską wodą skórę głowy. Teraz kupiłam go po raz drugi (jeszcze przed włosomaniactwem), odstawiłam i dopiero jakiś czas temu zaczęłam wykańczać.
Efektów jego działań najzwyczajniej... Nie widać. Na początku butelki sprawiał, że moje włosy były przyjemnie miękkie, ale później chyba się przyzwyczaiły i przestały reagować jakkolwiek. Nie mogłam go trzymać za długo - max. 30min, bo potem włosy wypadały. To skazywało go na używanie tylko w tygodniu, kiedy myję głowę wieczorem i nie mam za dużo czasu. No cóż :(
Przyrostu skubaniec nawet nie tknął (minus, bo to ma być jego główne zadanie), baby hair zauważyłam po nim odrobinę, ale myślę, że to sprawka Jantara (a tak offtopem, to mam tyle babyhair po dawnej kuracji Rzepą od Joanny, że nad uszami zrobiły mi się swoiste "pejsy"! Strasznie się z nich cieszę, dobrze wyglądają i chcę wyhodować ich następców), nie olejku. Kondycji włosów też wiele nie poprawił. Niestety, wykończyłam go ledwo - ledwo, bo już sił mi na niego nie starczyło -.-

Przez chwilę olejowałam włosy tylko oliwą z oliwek - to moje ulubione mazidło do włosów - z domieszkami oleju rycynowego i oleju z wiesiołka; raz pokusiłam się o olej słonecznikowy (okazało się, że rafinowany) i raz o olej sezamowy (pachnie tak mocno, że nie mogłam spać, tylko leżałam i myślałam, jak bardzo mam ochotę na sushi z krewetką, posypaną sezamem...). A potem przeczytałam gdzieś informację, że oliwa z oliwek wpływa na rozwój jakichś złych rzeczy na głowie (drożdżaków? niestety nie pamiętam). Nie wystraszyłam się zbytnio, ale postanowiłam kupić coś na zmianę, żeby nie zanudzić włosów.

Padło na olejek Alterry (z przeznaczenia do masażu) z migdałem i papają. O, proszę:



Ma wygodną pompeczkę i bardzo ładny skład. Jest dość lekki, przyjemny w nakładaniu na włosy, nie tak ciężki jak oliwa z oliwek. Nadaje włosom fajny połysk, miękkość, mam wrażenie, że podkreśla mój naturalny kolor! To jest jednak opinia po zaledwie czterech olejowaniach, więc pewnie coś o nim jeszcze skrobnę...

Ma przepiękny zapach, który absolutnie uwielbiam. Używam go też odrobinkę do ciała (idealnie koi skłonne do podrażnień nogi po depilacji zamiast balsamu, pięknie nawilża skórę po kąpieli). Mam nadzieję, że moja opinia nie zmieni się w miarę użytkowania, bo na razie bardzo się z tym olejkiem polubiłam!

Żeby jednak nie było, że nie lubię Green Pharmacy (bo bardzo lubię ich szampony i jedwab, olejek też kiedyś nawet lubiłam) to pokażę Wam, co kupiłam ostatnio za zawrotną sumę 1,99zł w Rossmannie:


Idealny krem do rąk. Ładnie pachnie, ma wygodną tubkę i nawilża tak nieprawdopodobnie, że jestem zachwycona. Co jakiś czas robi się potworny przesusz na wewnętrznej stronie jednej dłoni. Dermatolog zapisał mi na to maść ze sterydami, którą już kończę, bo przesusz się odnawia co jakiś czas (przyczyna nieznana...). Krem od Green Pharmacy ładnie go nawilża i koi, chociaż pewnie z kompletnym wyleczeniem sobie nie poradzi (testuję to). Bardzo go polecam, ja wybrałam aloesowy, ale były też inne, widziałam rumianek i chyba nagietek...

Też tak macie, że czasem jeden produkt danej firmy kochacie a inny wyrzuciłybyście przez okno?

Pozdrawiam,
Ariadna.

P.S. Wczoraj byłam u fryzjera i pozbyłam się 5cm końcówek, może więc w końcu zrobię im porządne zdjęcie i wrzucę tutaj, żeby się pochwalić :) na pewno wiem że ruszam akcję z kozieradką i piciem pokrzywy ( pokrzywę już popijam). Trzymajcie za mnie kciuki! :D

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Szampony, szampony...

Witajcie :)

Dzisiaj chciałam poruszyć temat szamponów. Generalnie nie pokładam w nich dużej nadziei czy czegoś takiego, bo to produkt, który na naszej głowie jest kilkadziesiąt sekund, a potem spłukuję go najlepiej, jak potrafię. Ma za zadanie myć, czyścić, i jedyne, co byłoby dla mnie cenne, to przedłużenie świeżości włosów. Żadnemu się to jeszcze nie udało, ale zauważyłam, że przy żonglerce kosmetykami moje włosy łapią odrobinę objętości (tylko pierwszego dnia po myciu, niestety). Dlatego zwykle mam jednocześnie dwa szampony otwarte. Oczywiście przechodziłam etap szamponu familijnego i używania co popadnie... Aktualnie przykładam większą wagę do tego, czym myję włosy, moja mama myje tym, co stoi najbliżej niej, siostra zaś tym, co najładniej jej pachnie (szampony z rzepą i ziołowe są zwykle bezpieczne). Mama ma niezbyt długie włosy, ale Siostra jest posiadaczką trochę krótszych od moich, ciemniejszych włosów, więc to taki mały szamponowy szkodnik :)

Jak wspomniałam, dobrze sprawdza się u mnie żonglerka szamponami. Mama kupiła jakiś czas szampon Joanny "Rzepa" wzmacniający, z odżywką. Uznałam, że mnie chyba nie zabije.

Niestety nie umiem obrócić tego zdjęcia -.- Wybaczcie.

Producent mówi o dokładnym myciu, spuszeniu włosów, odżywieniu, dodaniu blasku - typowo, mnóstwo obietnic. Do czego mogę się przyczepić? Mi przetłuszczania nie opóźnił, włosy szczególnie ładniejsze też nie były, używałam po nim odżywki, bo wysuszał kosmyki (skóry głowy już jakoś nie, chociaż ona chyba niereformowalna była). Nie zarejestrowałam żadnego wzmocnienia. Zapach rzepy był typowy, jak to u Joanny, niezbyt mocny, wyczuwalny po umyciu.


Tutaj macie skład. Sporo silikonu... Ammonium Lauryl Sulfate, Sodium Laureth Sulfate... To by było to, co znam xD Może to dlatego nie okazał się zbyt dobry. Na korzyść przemawia jego ogromna butla, ale co po tym, skoro średnio przyjemne z niego myjadło? Nie wrócę do niego.

Drugi szampon, jakiego ostatnio używałam, to szampon jajeczny z Barwy Naturalnej. Barwa jest taka popularna w sieci, że zdecydowałam się spróbować. 
Wszystkie zdjęcia zrobiłam źle :( ech... 

Szampon nie pachnie jajkiem, ale ma dość specyficzny zapach, jest raczej rzadki, koloru żółtego. Myje się nim wygodnie, ładnie się spienia. Nie robi cudów, ale moje włosy spokojnie dadzą sobie po nim radę bez odżywki. Pewnie jeszcze o tym wspomnę, bo zawsze testuję w ten sposób szampony w tygodniu, podczas roku szkolnego, kiedy mycie włosów wypada we wtorek i czwartek. Mam wtedy treningi do późna, wracam do domu i myję włosy tylko szamponem, co jest ciekawym doświadczeniem zwykle.

Tak czy siak szampon jest dobry. To, co mnie zdziwiło, to że jest on uznany za bezsilikonowy (co nawet producent pisze z tyłu) a ma w składzie Sodium Laureth Sulfate. Wszędzie czytałam, że to silikon - o co chodzi?


Już tutaj widać w składzie ten Sodium Laureth Sulfate...
A tu jest cały skład.
Nie wiem, o co z tym SLES chodzi. Niestety. Co mogę jeszcze powiedzieć o szamponie od Barwy, to jego beznadziejna wydajność - po prostu beznadziejna! Umyłam nim włosy dwa razy, moja siostra raz, mama raz i nie ma prawie połowy butelki - a żadna z nas nie używa kosmicznych ilości szamponów. Czyli osiem myć to cała butelka? No, powiedzmy dziesięć, bo to trochę mniej niż połowa. To strasznie mało według mnie...

Szampon Joanny już się właściwie skończył, Barwa też długo nie potrwa, ale to dobrze, bo w kolejce stoją jeszcze Radical dodający objętości (nie chciałam kupować tego do włosów przetłuszczających się, bo mam mgiełkę z tej serii i jakoś tak chciałam coś innego wypróbować) i ogromna butla szamponu na kwiatowym propolisie Babuszki Agafii spod choinki :) No i wielkie plany kupienia szamponów Alterry na przykład.

A teraz mam projekt wielkie denko (no wielkie jak wielkie, posiadam minimalne ilości kosmetyków), wszystko wykańczam! Zielona maska Biovax (beznadziejna. nie robi nic! Na początku włosy były bardziej miękkie, to wszystko), jedna maska L'Oreala (piękny zapach), szampon i olejek z Green Pharmacy, który chyba aż zrecenzuję. To oznacza dużo nowych kosmetyków :) A Wy? Jesteście akurat w połowie swoich zapasów, czy też zbliżacie się do końca?

Pozdrawiam,
Ariadna.